GALAKTYKA 2015

PO RAZ PIERWSZY W HISTORII VISION
UROCZYSTA CEREMONIA WRĘCZENIA
GŁÓWNEJ NAGRODY „GALAKTYKA 2015”
ODBYŁA SIĘ W WIETNAMIE.

NOMINOWANI DO NAGRODY GALAKTYKA 2015 w kategoriach
Najlepszy początek biznesu (Best Business Start)
Najlepszy twórca gwiazd (Best StarMaker)
Najszybsze tempo rozwoju biznesu (Best Business Growth).

GALAKTYKA 2015

  • Najlepszy początek biznesu (Best Business Start).
    Zwycięzcy w tej kategorii: Nguyen Van Hoai Bao & Do Thi Xuan Lan.
  • Najlepszy twórca gwiazd (Best StarMaker).
    Zwycięzcy w tej kategorii: Luu Thi Kim Thanh & Nguyen Van Manh.
  • Najszybsze tempo rozwoju biznesu (Best Business Growth).
    Zwycięzcy w tej kategorii: Tran Thanh Tuyen & Hoang Van Thanh.



Prezes Firmy przed Millenium 2015 dodatkowo wyodrębnił szczególne kategorie:

„Za wkład w rozwój biznesu” (For Contribution To Business Development) zostali nagrodzeni Vo Thi Hong Viet & Nguyen Ngoc Kien.

„Za aktywną postawę Lidera” (For The Active Leadership Approach) „Galaktyki” przypadły Svietlanie Efimovey oraz Elenie i Kristofer Kristofi.

„Za kunszt oraz profesjonalizm” (For The Mastership And Professional Competence) zostali nagrodzeni Ałła i Oleg Andrijczukowie oraz Paweł i Swietłana Dubrowowie.



Nie każdy wie, że nagroda Galaktyka ma swą niezwykłą historię, a statuetka Galaktyka kryje w sobie małą cząstkę Wszechświata!

Historia nagrody została przedstawiona w jednym z Przemówień Prezesa Firmy Dmitrija Buriaka:
  • Historia nagrody
    Открыть или Закрыть

    «Historia ta wydarzyła się w parku Neskuchny Sad w Moskwie, gdzie znajduje się Muzeum Mineralogiczne im. A. J. Fersmana. Jako 15-letni wówczas chłopak byłem częstym gościem w tym muzeum, ponieważ byłem zafascynowany mineralogią, która była jedną z moich największych pasji do tego stopnia, że w końcu wylądowałem w Moskiewskim Instytucie Geologicznym. Od najmłodszych lat z ogromnym zainteresowaniem traktowałem kamienie. Fascynowało mnie ich piękno, jak również ukryta w nich tajemnica wielomilionowej historii naszej planety. 

    Oprócz minerałów ziemskich w muzeum znajdowała się jeszcze jedna kolekcja, która niezwykle pobudzała moją wyobraźnię - była to kolekcja meteorytów. Spędzałem długie godziny na oglądaniu tych nieziemskich eksponatów, marząc jednocześnie o dalekich nieznanych światach i przyszłych odkryciach. Pewnego razu przyszedłem do muzeum z kolegą. Podobnie jak inni chłopcy w tym wieku mieliśmy jedną wspólną pasję - były nią książki podróżnicze i przygodowe, opowiadające o niebezpiecznych wyprawach w poszukiwaniu skarbów. Wpatrywaliśmy się w muzealne eksponaty i snuliśmy marzenia o dalekich wyprawach i wielkich skarbach. Serca biły nam mocniej na samą myśl o podróżach i przygodach. I właśnie wtedy wpadliśmy na pomysł potajemnej ucieczki. 

    Należałem wówczas do kółka mineralogicznego i pamiętałem, jak nasz kierownik opowiadał o letniej wyprawie do Kazachstanu. Postanowiliśmy więc wybrać się właśnie tam. Potrzebowaliśmy jednak pieniędzy, żeby móc się dostać do Kazachstanu. Rzecz jasna, rodzice nawet nie chcieli słyszeć o żadnych wyprawach. Wtedy zdecydowaliśmy się na ucieczkę. Spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka i pewnej nocy uciekliśmy z domu. Przed wyjściem napisałem list do mamy. Prosiłem, żeby się o mnie nie martwiła. Wytłumaczyłem swoją decyzję tym, że jestem już dorosłym człowiekiem i czuję potrzebę sprawdzenia się jako mężczyzna.

    Pierwszym miastem na trasie naszej podróży był Wołgograd. Dojechaliśmy tam na gapę na najwyższej półce wagonu sypialnego, bo nie mieliśmy pieniędzy. Już w Wołgogradzie postanowiliśmy zarobić trochę pieniędzy na dalszą podróż przy rozładunku wagonów z arbuzami. Zarobionych pieniędzy starczyło jednak tylko na połowę podróży, więc w Czarnym Jarze musieliśmy opuścić statek.

    Nie wiedzieliśmy, co dalej robić. Nie mieliśmy ani pieniędzy, ani jedzenia. Postanowiliśmy więc zatrzymać się na niewielkiej wyspie na Wołdze, jakich w tamtej okolicy jest całkiem sporo. Dopłynęliśmy na wyspę i spędziliśmy tam cały miesiąc, żyjąc jak ludzie pierwotni. Potem wróciliśmy na ląd, gdzie udało nam się znaleźć całkiem niezłą pracę i zarobić duże - jak nam się wtedy wydawało - pieniądze. W każdym razie pieniędzy starczyło na zakup biletów i kontynuowanie podróży do Kazachstanu, a tam czekał już na nas kierownik naszego kółka geologicznego Oleg Ewgieniewicz Bielajew. Z Karagandy dostalismy się do Bajan-Auł, gdzie prowadzone były prace geologiczne. Dołączyliśmy do zespołu, pomagając przy pomiarach geodezyjnych.

    ***

    Pewnego razu, jakoś pod koniec lata, doszło do niezwykłego spotkania. Odszedłem dość daleko od tego miejsca, gdzie stacjonowała nasza ekspedycja, i tam, wśród niskich skał zobaczyłem nagle samotną postać. Była to czarna, nieruchoma postać człowieka, majestatycznie wznosząca się przede mną na tle zachodzącego słońca. Wydawało mi się na początku, że jest to starożytna rzeźba lub skała o niezwykłym kształcie. Zarys postaci drżał w powietrzu od rozpalonych upałem kamieni.

    Zauważyłem jednak, że wiatr stepowy rozwiewa długie i siwe pasma włosów na głowie tej zastygłej niczym kamienny posąg postaci. Podszedłem bliżej i wtedy zobaczyłem, że starzec patrzy nie w stronę słońca chowającego się za horyzont, tylko prosto w moją stronę. Byłem tak poruszony tym widokiem, że przez chwilę wydawało mi się, że na całym świecie nie ma i nigdy nie było tego stepu, nie ma czasu, mnie też nie ma - nie ma nic, oprócz tych wiecznych skał, ogromnego, rozpalonego czerwienią słońca i tego tajemniczego starca.

    Nie odrywając wzroku, by nie spłoszyć niezwykłego zjawiska, zrobiłem krok do przodu. Potem jeszcze jeden. I wreszcie, gdy przekonałem się, że to wszystko dzieje się naprawdę, śmiało ruszyłem ku najbliższym skałom. Im byłem bliżej, tym starzec wyżej wznosił się nade mną. Za jego plecami widziałem już nie słońce, tylko głębokie niebo, jakie zobaczyć można tylko w miejscach tak dalekich od zwykłego świata spraw, jak to. Nie wiem, czy było to tylko złudzenie, czy też starzec rzeczywiście delikatnym skinieniem ręki zachęcił mnie do wejścia na górę. Nie odrywając od niego wzroku szybko wszedłem na górę po skałach i niebawem znalazłem się twarzą w twarz z tym tajemniczym człowiekiem.

    Przez chwilę staliśmy w milczeniu, wpatrzeni w zachodzące słońce. Miałem wrażenie, że znajduję się na szczycie świata, który powoli wtapia się w wieczorny zmrok jak ostatnia wyspa pośród ogromnego oceanu. Ocean powoli zamierał, żegnając ostatnie promienie słońca znikającego wśród dalekiego i nieosiągalnego kosmosu. I wtedy właśnie zrozumiałem, że największa mądrość świata polega na milczącej akceptacji tego, co jest wieczne. Nie da się tego wyrazić żadnymi słowami, myślałem wówczas.

    Nie pamiętam, jak długo staliśmy w milczeniu obok siebie na tamtej skale. Ocknąłem się dopiero wtedy, gdy na ciemnym niebie pojawił się błysk spadającej gwiazdy. Zanim zdążyłem o tym pomyśleć, starzec przerwał ciszę, mówiąc „Chodźmy”. Spojrzałem na niego. Był niewysoki, szczupły i bardzo stary. Może nie byłoby w jego wyglądzie nic szczególnego, gdyby nie dwa szczegóły. Mimo swojego zaawansowanego wieku zachował wyprostowaną postawę, jaką mają tylko japońscy mistrzowie kendo. Jego postawa była uosobieniem silnej woli i dumy. Ale jeszcze większe wrażenie wywarły na mnie jego oczy: spojrzenie jego oczu przenikało mnie na wskroś. Była w nim jakaś niezwykła głębia.

    Starzec cicho i niepostrzeżenie niczym cień zszedł ze skały. Podążyłem za nim. Niebawem znaleźliśmy się przed małym kamiennym domkiem z niskim i półokrągłym wejściem, zasłoniętym kawałkiem cienkiego płótna. Weszliśmy do środka. Starzec rozpalił ogień w palenisku. Płomienie oświetliły popękane od starości gliniane ściany domu. Mimo że starzec mnie o to nie prosił, zacząłem opowiadać, że pracuję w pobliżu, w zespole geologicznym. Nie wiedzieć czemu poczułem ogromne zaufanie do tego człowieka, dlatego chciałem opowiedzieć mu również o mojej podróży. Starzec, widząc, że jestem zmęczony i głodny, poczęstował mnie chlebem, a ja czułem, że muszę mu się jakoś odwdzięczyć. Nie miałem przy sobie ani pieniędzy, ani żadnych wartościowych przedmiotów. Jedyną cenną rzeczą był składany nóż w brezentowym pokrowcu, który niczym talizman towarzyszył mi od początku mojej podróży. Dałem ten nóż starcowi.

    Wziął go ostrożnie do ręki, patrząc przy tym uważnie na mnie. Milczeliśmy przez chwilę. Potem on przemówił. Opowiedział mi historię swojej rodziny. Okazało się, że dawno temu w tej okolicy jego dziadek będąc jeszcze małym chłopcem pracował przy wydobyciu miedzi. Pewnego razu wydobywając rudę był tak zmęczony, że schował się za głazem narzutowym, położył się na ziemi i zasnął. Kiedy się obudził, zauważył leżący obok na ziemi niezwykły przedmiot. Był to dziwny czarny kamień o nierównych kształtach wielkości jabłka. Nazwał swoje znalezisko „kara alma”, co w języku kazachskim oznacza „czarne jabłko”. Nigdy wcześniej ani później nie widział niczego podobnego.

    Schował więc swoje znalezisko pod kamieniem, a wieczorem zaniósł do domu. Po wielu latach, kiedy jako stary człowiek leżał na łożu śmierci, jedyną rzeczą, jaką mógł przekazać swojemu synowi był właśnie ten dziwny czarny kamień. Przed śmiercią powiedział, że kamień ten jest szczególnym znakiem i kiedyś znajdzie się w rękach godnego człowieka, który przybędzie z daleka. Do tego czasu kamień należy z czcią przechowywać w rodzinie. Dziadek nie powiedział jednak, kim będzie ten człowiek i jak go poznać.

    Przez wiele lat kamień znajdował się w domu starca - w domu, w którym się teraz znajdowałem. Otrzymał go od ojca jako rodzinną relikwię. Ojciec powiedział mu, że wiele ludzi przejdzie przez te ziemie, jednak serce wskaże mu tego, dla kogo kamień jest przeznaczony. Później starzec, który opowiedział mi tę historię, dowiedział się od geologów, którzy przypadkiem trafili do jego domu, ze czarny kamień jest meteorytem.

    Słuchając tej opowieści, pomyślałem, że pewnie ci geolodzy zabrali znalezisko. Jednak starzec nagle wyciągnął do mnie rękę, w której znajdował się ów czarny kamień. „Weź go” - powiedział, kończąc tym samym swoją opowieść. Przez chwilę nie śmiałem dotknąć kamienia, zaskoczony patrzyłem na starca. Wówczas wziął moją rękę i włożył do niej ciężki i - jak mi się wówczas wydało - gorący meteoryt. Chciałem go jeszcze o coś zapytać, ale on, ubiegając niejako moje pytanie, odpowiedział jednym słowem: „Altruista”.

    Szczerze mówiąc, wówczas nie wiedziałem jeszcze, co oznacza to słowo, chociaż jego mądre brzmienie jakoś nie współgrało z widokiem starca w dalekim stepie Kazachstanu. Wydawało mi się, że „altruista” to ktoś w rodzaju „człowieka przyszłości”. Nie rozumiałem tylko, jaki to ma związek ze mną.

    Minęło wiele lat od tamtego zdarzenia. Wielokrotnie jeszcze bywałem w tych okolicach jako student, ale historia ta zatarła się w mojej pamięci niczym wspomnienie odległych przygód młodzieńczych. Meteoryt leżał w małej szafce obok innych zebranych przeze mnie minerałów. Upłynęło wiele długich lat zanim przypomniałem sobie o tym niezwykłym prezencie. Opowiem o tym nieco później. A wtedy wróciłem po prostu do zwykłego miejskiego życia. Lato dobiegło końca. A wraz z nim skończyło się dzieciństwo.

    Następny etap mojego życia - według obiektywnych ocen - był bardzo udany. Skończyłem studia, służyłem w wojsku, dużo pracowałem. Wydawało się, że jestem dzieckiem szczęścia. Otwierały się przede mną kolejne możliwości, a ja z energią i zapałem starałem się wykorzystać każdą okazję i wspinać się coraz wyżej, widząc spojrzenia tych wszystkich, którzy pozostawali daleko za mną. Im wyżej się wspinałem, tym bardziej byłem przekonany, że życie należy tylko do mnie i jest wynikiem mojego sukcesu. Pod koniec lat 80., kiedy pojawiła się tylko taka możliwość, zacząłem się na poważnie zajmować biznesem i już w 1991 roku zarobiłem swój pierwszy milion. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że takiego życia zostało mi tylko kilka lat.

    W 1995 roku miałem poważny wypadek samochodowy i złamanie kręgosłupa. Widziałem, jak załamało się moje życie. Poczułem się jak człowiek bez przyszłości. Wszystko, co miałem, znikło w jednej chwili, ulotniło się jak iluzja, którą uważałem za realność i myślałem, że będzie trwała wiecznie. Wszystko to, czemu poświęciłem długie lata swojego życia i co zmuszało mnie do posiadania więcej niż miałem w jednym momencie straciło swoją wartość. Mówi się, że wielu straciło zdrowie starając się zarobić jak najwięcej pieniędzy, a potem straciło pieniądze chcąc odzyskać utracone zdrowie.

    Bezczynność, na którą zostałem skazany, dała mi możliwość - chyba po raz pierwszy od wielu lat - zastanowienia się nad sobą samym i tym, czym było moje dotychczasowe życie. Dzisiaj z pełnym przekonaniem mogę powtórzyć za Williamem Faulknerem, że „w samotności zaczynamy rozumieć, że być jest ważniejsze niż mieć, i że my sami znaczymy więcej niż suma naszych wysiłków. Dzięki samotności odkrywamy, że nasze życie nie jest majątkiem, który należy chronić, tylko darem, którym należy się dzielić z innymi”.

    Los zawsze daje człowiekowi drugą szansę. Ja również otrzymałem kolejną szansę. Obezwładniony i bezsilny leżałem w szpitalnym łóżku i wspominałem różne wydarzenia z mojego życia. Przypomniałem sobie, jak kiedyś spadająca gwiazda przecięła swym blaskiem bezkresne sierpniowe niebo nad Kazachstanem. W mojej głowie błysnął cień nadziei. A wraz z nią pojawiła się świadomość tego, że największą wartością w życiu człowieka jest zdrowie. Zrozumiałem, że zdrowie - to również odpowiedzialność. Odpowiedzialność przed samym sobą i swoją rodziną. Jeśli żyjesz tylko dla siebie, zapominasz o innych, to wcześniej czy później życie przestanie się tobą interesować, odwróci się od ciebie. Bycie odpowiedzialnym oznacza również umiejętność dawania siebie innym - swojego czasu, swojej miłości i swojej wiedzy.

    Przypomniałem wówczas sobie tamtego starca i ów dar, który przechodził w jego rodzinie z pokolenia na pokolenie, aż w końcu znalazł się w moich rękach. Zrozumiałem sens tego znaku - meteoryt był częścią bezkresnego kosmosu. Nie wolno nim zawładnąć. Jedyne, co można z nim zrobić - to podzielić się z innymi. W ten sposób zrodziła się moja osobista filozofia: Wybór Dobrego Zdrowia. I kiedy po roku powstała nasza firma, postanowiłem, by przekazany mi kiedyś meteoryt kontynuował swoją gwiezdną podróż, stając się częścią nagrody dla najlepszych osób w firmie.

    Teraz widzą Państwo, że niezależnie od tego, czym Firma obdarowuje Państwa - nagrodą, wiedzą, możliwościami, zdrowiem, czekiem - przekazuje Państwo przede wszystkim odpowiedzialność. Im wyższy jest status społeczny, im więcej posiadają Państwo wiedzy i możliwości, im większe są zabezpieczenia materialne, im lepsze zdrowie - tym bardziej odpowiadają Państwo standardom Vision. Tworzą Państwo image Firmy, zaś jej cele i misja stają się dziełem Państwa życia. To bardzo duża odpowiedzialność. Przekazując Państwu tę odpowiedzialność, Firma przekazuje największą z możliwości - możliwość realizowania swoim życiem najwyższego powołania człowieka.

    Antoine de Saint-Exupéry mówił: „Być człowiekiem oznacza to samo, co nieść odpowiedzialność. Oznacza to odczuwanie wstydu na widok niezawinionego nieszczęścia. Oznacza to również dumę ze zwycięstw swoich przyjaciół. To również poczucie, że kładąc kamień uczestniczy się w stworzeniu świata”. Pamiętajcie o tym.».